Zamachowiec

Zamachowiec - Liza Marklund I oto zagościł u mnie pierwszy autor kobieta. Po prawdzie niby Casey Hill to w połowie kobieta, ale ciężko określić, która dokładnie połowa, więc się nie liczy. W związku z płcią autora mam nielichy dylemat: jak zjadę książkę, to wyjdę na szowinistyczną męską świnie jak pochwale to na ciepłe kluchy i pantoflarza, i co ja mam biedna sierotka teraz zrobić? Wiem, tak ogólnie sobie ponarzekam, to nikt się nie będzie czepiać, bo i o co? Jak biorę ostatnimi czasy kryminał do ręki, to patrzę jaki zawód wykonywał ten co go napisał. Spytacie czemu? Od razu wiem, kto będzie prowadził śledztwo. Jak pisarz był lekarzem, to sprawę rozwiąże Chirurg Poirot; koronerem, to śledztwo przeprowadzi Szerlok Patolog Holmski; dziennikarzem, redaktor Marlowe na tropie itd. Nie sprawdza się to tylko wtedy, kiedy autorem jest pisarz, bo wtedy, to nawet jakiś detektyw rozwiązuje zagadkę. Co nudniejsze, potrafi to być zwykły policyjny detektyw, zero wyobraźni po prostu. Przecież wszyscy wiemy, że w policji, to tylko durnie pracują, a na dokładkę analfabeci, i całe szczęście, bo jakby to któryś przeczytał, to dopiero miałbym przerąbane. Co najlepsze, ci pozapolicyjni śledczy zupełnie spokojnie radzą sobie, bez odcisków, śladów, ton raportów, broni masowego rażenia i o dziwo są skuteczni jak cały Interpol do kupy. I tylko takie dwie myśli mi nie dają teraz spokoju: kto wpadł na pomysł "Ojca Mateusza", i całe szczęście, że za pióro nie chwycił nikt z wodociągów i kanalizacji, bo to dopiero mogłaby być śmierdząca sprawa. Pisarstwem zajmuję się o tak właśnie, piszę sobie, a muzom, nie wiem więc jak wyglądają umowy i na czym to polega. Jednak patrząc po półkach w księgarni takie podejrzenie się wdarło w me myśli, zarobek zależy od ilości stron. Przychodzi, dajmy na to, jakaś Marklund do wydawcy. - Nie popisała się pani, tylko 400 stron. Proszę popatrzeć na Stiega ten to pojechał, ponad 600 i to tylko dlatego, że mu redakcja i korekta dwieście wycięła. O albo taki King, 1000 stron. Proszę się poprawić pani Marklund albo polecimy po premii. I potem mamy jakieś takie wątki, o jakimś synu z pierwszego małżeństwa. Ni w pięć, ni w dziewięć, po co, na co, co ten wątek wniósł do opowieści poza kilkoma stronami, ani nie zmylił pogoni, ani nie dołożył nowych tropów. Za to książka spęczniała, doszło po kilka stron i ma ich teraz 470, i premia wpadła. Chyba jest to jedyne w miarę logiczne wyjaśnienie niektórych fragmentów, ja innego nie widzę. Znacznie więcej na http://niepamietnikfprefecta.blogspot.com/2012/03/zamach-owiec-na-barana.html