Numery. Chaos

Numery.  Chaos - Rachel Ward Brawo Pani Ward, bravissimo. O ile pierwsza część dzięki pomysłowi „daru” Jam unosiła się jeszcze w mętnej wodzie, to tą częścią zaryła pani w dno. Gdyby sterowała Pani okrętem podwodnym, nie byłoby kogo ratować. Książkę można określić jednym słowem „CHAOS”. Gmatwanina w której totalna bzdura jaką jest finał książki i clou całego powieścidła, przeplatana i tu nie wiem, czy zbrodniczą głupotą, czy chęcią zaszokowania za wszelką cenę (a raczej za cenę zarobienia jeszcze paru funtów na tym odgrzewanym kotlecie). W to wszystko włożone plasterki banialuk i kawałki bajd. Podane zaś w niczym nie odświeżonej bułeczce języka jaki znamy z części pierwszej. Nie wiem czy teraz na geografii uczą o płytach tektonicznych, kiedyś to robili. Płyta euroazjatycka nie kończy się pod Anglią, to po pierwsze. Po drugie ma ona masę niewyobrażalną i jej mikro ruchy powodują wydarzenia, które my malutcy mieszkańcy tej planety, nazywamy katastrofalnymi, a wręcz klęskami żywiołowymi. Płyta euroazjatycka i północnoamerykańska na szczęście się rozchodzą dzięki czemu nie mamy tu trzęsień ziemi, erupcji wulkanów i fal tsunami. Ja wiem, że państwowa edukacja w krajach anglosaskich stoi na bardzo niskim poziomie, ale tych rzeczy można się dowiedzieć w pięć minut bez większego kłopotu. Załóżmy jednak, że autorka ma rację, płyta wykonuje bujnięcie. Energia wyzwolona w ten sposób pozwala wejść wyspom brytyjskim na orbitę okołoziemską i stać się jej nowym satelitą. Zagładzie ulega wszelkie życie w Europie kontynentalnej i to są szczęśliwcy, bo nawet nie zdążą zauważyć, że nie żyją. Reszta świata umiera w mękach, choć dość szybko. A co dostajemy, niewielkie trzęsienie ziemi, które nawet nie zawala Londyńskich bieda domków. I właśnie do tego „katastrofalnego” wydarzenia zmierza cała książczyna. Ale nie to jest najgorsze w tej szmirze. Od literata oczekiwałbym choć niewielkiej odpowiedzialności za swoje słowa. W przeciwieństwie do takiego fprefecta, którego opinie przeczyta kilka (oby) lub kilkanaście (przeginam), albo kilkadziesiąt (przegiąłem) osób (i może dzięki niej nie kupi i nie przeczyta tego czegoś), pisarz dociera do kilku tysięcy czytelników. Jeśli oczy zasłoni mu chęć zysku lub wystąpi u niego karygodny brak wyobraźni, czy też wykaże się wręcz zbrodniczą głupotą może swoimi słowami wyrządzić krzywdy, które ciężko jest naprawić. Ile już było kampanii, żeby dzieci nie bał się mówić, że są krzywdzone przez pedofilów, bo nie nazwę ich rodzicami. Pani Ward to wszystko przekreśla jednym akapitem: No i stało się. Jestem w ciąży. Sama. On mi to zrobił. On jest pojebanym, chorym dupkiem i nienawidzę Go. Wszyscy powinni się dowiedzieć, jaki On jest. Powinien wylądować w sądzie, żeby wszyscy go zobaczyli. Powinien zgnić w pace.A jednak... jednak... wiem, że nigdy Mu tego nie zrobię, bo nadal jest moim tatą. I niech Pani wie, Pani pisarko, że wielu pedofilów uniknie kary dzięki tym Pani słowom. Niech się Pani czuje za to odpowiedzialna. Bzdurki takie jak nieumiejętność ukrycia czipu przed skanerami, którą już teraz mamy opanowaną, w przyszłości i w środowisku w jakim znajduje się bohaterka, będzie prostsze od ubicia komara. Zapomnienie albo niewiedza, że jest coś takiego jak pępowina i łożysko, jedno trzeba podwiązać i przeciąć, drugie urodzić. To, że nikt nie zauważa nastolatki z dzieckiem malującej w tunelu, samo zaś malowidło już tak. Można by to mnożyć w nieskończoność, ale moim zdaniem wykazałem już, że jest to gniot potworny. 1/10 i szkoda, że nie ma niższej oceny, trzeciej części czytać nie będę. Mam dość.