Kot Syjonu

Kot Syjonu - Jerzy A. Wlazło Nie wiem co i kogo podkusiło, żeby ten kryminał nazwać powieścią detektywistyczną w stylu noir. „Wieczór tego lutowego dnia, dzięki zasnuwającym niebo chmurom, był wyjątkowo ciemny i ponury. Zimny porywisty wiatr wdzierał się pod kurtkę młodszego inspektora Bialasa i przenikał aż do kości. Niestety podjazd był zawalony odpadającymi częściami elewacji, i trzeba było te 30 metrów przejść pieszo. Bialas czuł jak przemiękają mu powoli buty. Padający z nieba śnieg w połączeniu z marznącym deszczem, zamienił służbową czapkę inspektora w ociekającą wodą szmatę. Czarna bryła budynku ledwo odcinająca się na tle nieba, oświetlona była nielicznymi latarkami znajdujących się w gmachu policjantów. Powybijane okna pozastawiane byle jak dyktą, zdawały się patrzeć z wyrzutem na podchodzącego coraz bliżej gliniarza, wywołując ciarki na plecach. W najbliższej okolicy nie było latarni, powszechna elektryfikacja szerokim łukiem ominęła ten zakątek miasta”. To od biedy można by nazwać stylem noir, ale takiego opisu nie znajdziecie w tej książce (w żadnej innej mam nadzieje też nie, bo nie chciałbym być ciągany po sądach za plagiat). Jedyne co się zgadza to nazwisko głównego bohatera. W powieści trwa lato, krótkie ale bardzo intensywne. Jest pięknie i słonecznie, z rzadka jakiś deszcz zrosi spragnioną ziemie wodą ale zaraz przechodzi i znowu jest ciepło i prześlicznie. No to może wnętrza. „ Inspektor wspiął się z niejakim trudem na poszczerbione i popękane schody prowadzące do trzymających się połamanych framug, pewnie za sprawą cudu i przyzwyczajenia, oryginalnych drzwi tej umierającej budowli. Zaraz za nimi, smród ludzkich ekskrementów, gnijących śmieci i śmierci niemal wypchnął inspektora z powrotem na deszcz. Klatka schodowa z grubsza przypominała wnętrze rury ściekowej o dużym przekroju, tyle, że rura musi być drożna. Policjant prowadzący Bialasa na miejsce zbrodni, bezskutecznie próbował nie dopuścić fetoru do płuc, przytkniętą chusteczką nasączoną mentolem. Nie pomogło, po raz trzeci od przyjazdu do tej uroczej willi zwymiotował, tym razem niemalże na buty detektywa. Pomieszczenie gdzie leżały zwłoki, było trochę czystsze od klatki. Tapety obłaziły ze ścian, miejscami razem z tynkiem, ukazując gołe i poczerniałe cegły. Podłoga zawalona była najprzeróżniejszymi śmieciami, wśród których lokator tego pomieszczenia wydeptał sobie ścieżki”.Prawda, że pięknie, i jakie to noir. Ale w książce wnętrza, poza mieszkaniem detektywa, są piękne, urządzone stylowo i z przepychem. Czyste, pachnące i bardzo słoneczne. Tylko, jak już wspomniałem, mieszkania Bialasa jest brudne, śmierdzi w nim tytoniem, strawionym i nie wypitym, jeszcze, alkoholem oraz starym, przesmażonym tłuszczem z tureckiego kebaba znajdującego się naprzeciwko. Trup i zbrodnia. „ Zwłoki, z powodu panującego w pomieszczeniu chłodu, dopiero zaczęły się rozkładać. Mętne niewydziobane przez ptaki oko, z niemą grozą patrzyło gdzieś w przestrzeń nad ramieniem detektywa. Nagie ciało leżało we własnych odchodach. Brakujących dłoni, poszukiwali policjanci po całej posesji i wokół niej. Wyrwane zęby i połamane kości twarzoczaszki świadczyły, że ktoś zadał sobie dużo trudu aby ukryć tożsamość denata, tylko po co ?”. To, to jest noir, a w naszym kryminale niby są trupy, nawet dwa, jeden spadł po ciemku do wykopu na budowie i rozwalił sobie czaszkę nieszczęśliwie na nią upadając, a drugi po prostu przeżył swoje życie i nie mając już nic więcej do roboty zmarł. Gdzie jest zbrodnia ja się pytam. No ale przynajmniej jest trup w szafie naszego drogiego detektywa Bialasa. Zabił on i to pod wpływem (chociaż nie pił), w czasie akcji, w budynku, w którym teraz mieszka, swojego partnera (który nie był li tylko jego partnerem) {i nie jest to scenariusz do Tajemnicy Brokeback Mountain} i to można podciągnąć pod noir. Ale to stanowczo za mało, żeby ze spokojem sumienia i nie wywołując uśmiechu politowania, nazwać kryminał szumnym mianem NOIR. Co to w takim układzie jest ? I tu zwrócę się do autora, że z czystej przyzwoitości powinien, co najmniej 5% swojego wynagrodzenia i tantiem przekazać spadkobiercom Raymonda Chandlera. A do wydawcy mam taką sugestie, żeby po cichu dowiedział się w środowisku, gdzie kupuje książki E. Dębski, i pod żadnym pozorem tam nie dostarczał tej książki, bo jak Eugeniusz nie daj bóg ją kupi, to będzie chryja na całego. Zawsze mnie fascynowało w tego typu kryminałach, jak taki na okrągło skacowany albo zalany, na dokładkę często gęsto tłuczony w głowę i to dość mocno, detektyw, potrafi cokolwiek skojarzyć, i nie pisze tu o tak trudnych rzeczach jak odkrycie że grubszy koniec zapałki potarty o szorstką część pudełka robi się jasny, i że potem ten jasny koniec nie tylko parzy palce ale może przypalić papierosa czy też, że cieńszą stronę butelki należy skojarzyć z brzegiem szklanki, żeby się nie rozlewało. Ja mam na myśli takie nieskomplikowane sprawy jak wiązanie butów na ten przykład. Nasz detektyw kojarzy wszystko, templariuszy, trupy, koty, chińczyków, ogrodników-profesorów, a nawet przstępco-biznesmeno-architekto-profesorów i na dokładkę małżeństwa. Przy tym jest dowcipny czasem niestety za bardzo, można by sobie trochę darować, bo czasem czuje się lekkie wymuszenie. Jak na Marlowa .. tfu na Bialasa przystało, ma on gołębie serce i pieniędzmi, które zdobywa, ratuje rysie od wyginięcia, chińczyków od śmierci głodowej, piękne kobiety (to znaczy brzydkie przerabia w klinice medycyny estetycznej na piękne i dopiero wtedy je ratuje) przed nimi samymi, zmarłych dziennikarzy przed zapomnieniem i dziecko (kupując mu całkiem nowy i sprawny scyzoryk) przed domem dziecka. No i oczywiście rozwiązuje sprawy detektywistyczne jakie mu się dostają, a jest ich bez liku. Czytadło czyta się dobrze i lekko, autor sprawnie operuje słowem, dzięki niewielkim retrospekcjom, bohaterowie nabierają kształtów i charakteru. Jedno mi się nie podobało i nie dlatego, że jestem świętoszkowatą gnidą, która nigdy nie miała alkoholu w ustach, bo zawsze bezpośrednio wlewa go sobie do przełyku, albowiem miewałem, ale nie mogę zrozumieć epatowania nas syndromem dnia jutrzejszego, raz byłby w porządku i nie miałbym nic do tego, ale jest tego więcej, może jest to spowodowane tym, że to jedyne co z roboty detektywa, autor zna z autopsji. Opisy nie nużą, są dawkowane w sposób bardzo dobry, w sam raz jak na potrzeby tego typu książek. Ogólnie książka mi się podobała i jakby nie było tego wygłupu z tym noirem na okładce to nie miałbym o czym pisać, bo znaczna większość jest ok, a nawet ok +. T. ps. chyba wiem czemu noir, bo okładka jest czarna.